
Co najbardziej motywuje Cię w codziennej pracy?
Na pierwszym miejscu zdecydowanie atmosfera i zespół. Cieszę się, że trafiłam do takiej ekipy, jaką tworzy BART – profesjonalnej, ale jednocześnie otwartej, pełnej światłych i chętnych do pomocy ludzi. Pamiętam moje pierwsze rozmowy kwalifikacyjne – ciepłe przyjęcie od Pauliny, partnerską rozmowę z Martą i Michałem. Dzięki temu na drugie spotkanie jechałam, jak na skrzydłach. Ogromną satysfakcję daje mi też obserwowanie efektów mojej pracy – to mnie napędza do dalszego działania.
Uwielbiasz podróżować – masz wymarzone miejsce, do którego chciałabyś dotrzeć?
Na szczycie mojej listy jest Nowy Jork. Fascynuje mnie, czy naprawdę jest tak różnorodny i hipnotyzujący, jak pokazują to filmy czy literatura. Mam już w głowie cały plan zwiedzania – obowiązkowo Broadway każdego wieczoru, a także spacery śladami Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście”.
Drugi kierunek, który mnie kusi, to Azja Południowo-Wschodnia – Tajlandia, Wietnam i Kambodża. W Tajlandii już byłam, ale to kraj tak zróżnicowany, że koniecznie chcę do niego wrócić.

A przywozisz sobie pamiątki z podróży?
Nie kolekcjonuję magnesów czy pocztówek, ale uwielbiam praktyczne pamiątki. Najczęściej są to przewodniki, mapy czy lokalna literatura – zimą pozwalają mi na nowo przenieść się w odwiedzone miejsca. Zdarza się też, że wracam z biżuterią, szalem czy skórzaną torebką – takie rzeczy nie tylko cieszą oko, ale też przypominają o wyjątkowych chwilach.
Najdziwniejsze lub najbardziej zaskakujące miejsce, w którym byłaś?
Chyba największym zaskoczeniem okazał się… Żyrardów. Od czterech lat to moje miasto i przyznam, że wcześniej praktycznie nic o nim nie wiedziałam. A tu taka perełka – jedyna tak dobrze zachowana osada fabryczna w Europie! Do tego piękny park nazywany Małymi Łazienkami, Zalew i bliskość Puszczy Bolimowskiej. Polecam szczególnie w maju, gdy wszystko kwitnie.

Skąd wzięła się Twoja miłość do jazzu?
To historia rodzinna. Mój dziadek Jan przed wojną grał w wielkiej orkiestrze na saksofonie, a potem na akordeonie. W domu dziadków często odbywały się potańcówki – muzyka, taniec, radość. Myślę, że stąd mam we krwi miłość do muzyki i do dęciaków. Sama na żadnym instrumencie nie gram, ale śpiewam. Przez wiele lat byłam związana z chórem gospel Soul Connection.
Czy masz jakieś muzyczne marzenie?
Tak! Połączyłabym to z moim podróżniczym marzeniem – chciałabym zaśpiewać w chórze gospel w jednym z nowojorskich kościołów. Trochę jak w „Zakonnicy w przebraniu”. 😊
Ale prawdę mówiąc, najbardziej wzruszające były te występy, które nie miały nic wspólnego z wielką sceną – koncerty kolęd w domach dziecka czy w domach pomocy społecznej. Trudno opisać słowami emocje, jakie płyną z takiej interakcji z widownią.
Wiem, że działałaś też jako wolontariuszka. Co Ci to dało?
Kilka lat wolontariatu w fundacji Koteria nauczyło mnie cierpliwości i umiejętności dialogu z różnymi ludźmi. No i sprawiło, że w moim życiu pojawił się Bąbel – 9-kilogramowy rudy kocur, pełen łagodności i miłości. Bez niego nie wyobrażam już sobie codzienności.

Gdybyś mogła przenieść się w czasie do Warszawy sprzed lat – którą epokę byś wybrała?
Zdecydowanie lata 20. i 30. XX wieku. To był niesamowity okres – Warszawa tętniła życiem, kabarety, kina, restauracje pełne artystów. Uwielbiam tamten klimat, piosenki, filmy. Moja babcia, żona dziadka od saksofonu, mieszkała wtedy w Łodzi, gdzie jej rodzice mieli cukiernię. Widywała znanych aktorów, a ja od dziecka słuchałam tych opowieści. To chyba dlatego mam taką słabość do tej epoki.