
Pracujesz w administracji, a teraz dodatkowo wspierasz dział HR – co najbardziej lubisz w swojej pracy i w kontakcie z ludźmi na co dzień?
Myślę, że najbardziej lubię to, że część obowiązków jest powtarzalna i schematyczna, co daje mi poczucie stabilności, a część to zadania niestandardowe, nagłe, które wymagają kreatywności, łączenia faktów, a czasem wręcz stawania się małym firmowym detektywem 😉. Wiele pytań, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz firmy, trafia w pierwszej kolejności do mnie, dlatego muszę na bieżąco wiedzieć, co dzieje się w firmie, aby prawidłowo przekierować rozmówcę. Kontakt z ludźmi jest dla mnie bardzo ważny, daje mi rozpęd do działania. Zwłaszcza że z natury jestem introwertykiem: po powrocie do domu zamykam się w swojej bezpiecznej przestrzeni, najchętniej w kołderkowym kokonie, i jeśli mogę, nigdzie nie wychodzę.

Jak zaczęła się Twoja zawodowa droga – czy od razu wiedziałaś, że będziesz pracować w administracji?
Zdecydowanie nie. Pisząc maturę, miałam sprecyzowany plan – wyprowadzka do Warszawy, studia z kosmetologii i praca w pięknym, pachnącym salonie 😉 Oczywiście życie zweryfikowało te plany. Szybko okazało się, że wiedza medyczna ze studiów jest przydatna, ale nie wystarcza. Równolegle w każde wakacje uczestniczyłam w kursach, żeby zdobyć praktykę. Nigdy nie bałam się tej, jak się później okazało, „brudnej” pracy. Jak większość kosmetologów, zaczynałam od manicure i pedicure. Pamiętam swoją pierwszą wakacyjną pracę – byłam emocjonalnie rozchwiana, bo nie wierzyłam w swoje umiejętności i za bardzo brałam do siebie każdą klientkę. A wszystkie zarobione wtedy pieniądze przeznaczyłam na piękny, niebiesko-różowy rower z koszykiem. Mam go do dziś i wciąż przypomina mi: „Dasz radę, bądź z siebie dumna” 😉

Co sprawiło, że na studiach wybrałaś właśnie kosmetologię?
Pierwszym powodem były problemy ze skórą, z którymi zmagałam się od nastoletnich lat. Szukając różnych sposobów pomocy, interesowałam się pielęgnacją skóry i składami kosmetyków. Drugim czynnikiem była łatwość w przyswajaniu wiedzy o funkcjonowaniu ciała człowieka. W rodzinie jest kilku lekarzy, ale ja się do tego nie nadawałam – robi mi się słabo już na widok zdartego kolana 😉 Niemniej jednak pozostałam w obszarze nauki o zdrowiu.
Prowadziłaś własny gabinet kosmetyczny w Łodzi – jak wspominasz ten czas?
Wspominam go z sentymentem. To doświadczenie dodało mi pewności siebie, ale też pokazało, że nie wszystko zależy ode mnie. Pomimo zaangażowania i starań, niektóre rzeczy trzeba po prostu odpuścić.To był pierwszy taki okres w moim życiu, kiedy naprawdę poczułam, że obdarzając świat życzliwością, dostajemy ją w zamian. Kończąc ten etap, naprawdę bolało mnie serce. Jednak z perspektywy wiedzy, którą później zdobyłam, dziś wiem, że to nie była porażka. Mając takie zasoby, jakie miałam, zrobiłam wszystko, co było możliwe. To był mój sukces.
Jakie osoby najczęściej przychodziły do Twojego gabinetu?
Zakres klientek był szeroki – od nastolatek przyprowadzanych przez mamy po starsze Panie z kamienicy obok. Kilka osób szczególnie zapadło mi w pamięć, np. dziewczyna z Nigerii, która przyjechała do Polski studiować medycynę i chciała rzęsy objętościowe. Udało się, choć było to wyzwanie, bo jej naturalne rzęsy różniły się od polskich. Kolejna Pani, stała klientka, po wielu latach ciężkiej pracy, jechała na nadanie tytułu profesora przez Prezydenta. Chciała w tym dniu czuć się pewnie dzięki makijażowi, który wykonałam. Znając jej historię, czułam się wyróżniona.

Jak Twoje doświadczenie z branży beauty przekłada się dziś na pracę biurową? Kryzysy i potknięcia nauczyły mnie szybko znajdować rozwiązania. Kontakt z naszymi gośćmi, ale też z osobami, które same nie do końca wiedzą, czego szukają? Żaden problem – uśmiech i spokój to dla mnie podstawa. Teraz w pracy szczególnie przydają mi się skrupulatność i precyzja w komunikacji. Wiem, że ludzie są różni, patrzą z odmiennych perspektyw i mogą rozumieć wiele rzeczy zupełnie inaczej niż ja. Róż może być neonową landryną na policzku, ale też delikatnym, brzoskwiniowym muśnięciem.
Wspominałaś, że jako nastolatka byłaś bardzo nieśmiała. Jak udało Ci się to przełamać?
Tak, byłam bardzo nieśmiała. Tam, gdzie pojawiało się więcej niż dwie osoby, ja milkłam i bałam się cokolwiek powiedzieć. Zawsze łatwiej było mi pisać niż mówić, dlatego założyłam bloga. Nie był jakiś ambitny, opierał się głównie na zdjęciach outfitów i krótkim tekście, ale okazało się, że ktoś to czyta i nawet czeka na kolejne posty. To mnie przełamało – zorientowałam się, że ludzie mnie widzą i nic mi nie grozi, jeśli się odezwę 😉
Masz jeszcze dostęp do tego bloga? Zdarza Ci się wracać do starych wpisów?
Tak, dalej wisi w czeluściach internetu. Zaglądam od czasu do czasu, żeby upewnić się, że dziś wyglądam lepiej niż mając 20 lat 😛 Cieszę się, że mam taką pamiątkę, zwłaszcza że po narodzinach mojego syna moje zdjęcia są teraz rzadkością 😉

Jak to się stało, że zostałaś „zaklinaczką roślin”?
Przez lata uśmiercałam wszystkie rośliny na parapecie. Dopiero od kilku lat rośliny zaczęły ze mną współpracować. Może dlatego, że zaczęłam doceniać naturę i żyć zgodnie z porami roku. Patrzę na rośliny z czułością i podziwem. Kiedy dostaję jakiegoś „umarlaka”, staram się dowiedzieć, co mu służy, jak można mu pomóc.
Przeprowadzałaś się aż 13 razy – czego Cię to nauczyło i jak odnajdujesz się w nowych miejscach?
Nauczyłam się, że nie ma mowy o przeprowadzce w jeden dzień. Zanim nawet przeprowadzka jest pewna, zawsze robię porządki i pozbywam się niepotrzebnych rzeczy. Każde nowe miejsce traktowałam jak swoje, dlatego czasem żal było się wyprowadzać. Jednocześnie czułam, że jest mi to potrzebne i wniesie do mojego życia coś nowego. Nie jestem typem światowego podróżnika, ale przeprowadzanie się z miasta do miasta nie stanowi dla mnie problemu. Są miejsca, które lubię mniej lub bardziej, ale wszędzie sobie poradzę, bo dom to nie ściany, tylko ludzie. Czasem ci, którzy przeprowadzają się z nami, a czasem ci, których dopiero poznamy.

Gdybyś mogła teraz wybrać dowolne miejsce na przeprowadzkę, gdzie byś zamieszkała?
Teraz żyję w miejscu, w którym od pierwszego wejścia czułam dobrą aurę. Mam sporo swobody, dostęp do trawy, czereśni prosto z drzewa i malin z krzaczka. Jeśli nadejdzie kolejna przeprowadzka, a wiem, że tak będzie, chciałabym jeszcze bardziej zbliżyć się do natury i ciszy. Konkretnej lokalizacji jeszcze nie znam – życie samo wskaże mi miejsce w odpowiednim czasie 😉
1 komentarz
Margaret
piękna i wzruszająca opowieść, o cudownej, wrażliwej i silnej kobiecie. Fajnie, że jesteś z nami i wspólnie tworzymy przestrzeń w Firmie.
Paula
Dziękuję <3